| Shootfighter: Fight to the death (Współczesny gladiator) - 1992 |
|
|
|
| Wpisany przez Stefan | |||||||
| Wtorek, 13 Lipiec 2010 15:00 | |||||||
Twórcom udało się zgromadzić na jednym planie filmowym całkiem liczną grupkę zacnych napierdalaczy. Jak wiadomo nie jest to łatwa sprawa, takie przypadki można zliczyć na palcach jednej stopy. My, jako odbiorcy, mamy tylko jedną możliwość aby docenić taki wysiłek – obejrzeć ten film. Tak też uczyniłem, bo jakoś ostatnio odczuwałem brak filmów kung-fu. Muszę przyznać, że tenże brak nadrobiłem i to z nawiązką. Dużą nawiązką. Tylu obitych pysków dawno nie widziałem. Fabuła jest prosta jak prawy prosty. Gdzieś tam w Stanach specjaliści od wschodnich sztuk walki tłuką się w zawodach shootfightingu. Zasada jest jedna - rywal nie może zginąć. Pewien jegomość o imieniu Lee jednak z przyjemnością łamie tę zasadę. Swojemu żółtemu, churlawemu jak anorektyczne gwiazdy mediolańskich wybiegów oponentowi najpierw dla zmyły daje się niemiłosiernie obijać. Szary człowiek dawno musiałby szukać głowy poza ringiem, ale nie Lee. Lee się tylko uśmiecha i ociera lekko krwawiące łuki brwiowe i wargi. Po tym jak obstawiający jego zwycięstwo widzowie zaczynają drzeć się w niebogłosy i wyzywają go od pedałów ten bierze się do roboty. Wbija swoją olbrzymią łapę w grdykę oponenta, który zostaje wyniesiony na kompost. Przez to Lee wylatuje z klubu. Gość jest zły do szpiku kości, podobnie jak jego pan zwany Teng, więc na własną rękę – już w Meksyku – robi własne zawody. Oczywiście też z jedną zasadą – rywal musi zginąć (ewentualnie być nieprzytomny). Chętnych zabijaków jest co nie miara, bo gość sypie kasą dość nieźle. Wciąż jednak szuka najlepszych z najlepszych. No i znajduje dwóch chłoptasiów, którzy uczą się napierdalać pod okiem gigahiperarcymistrza Bolo Yeunga. Szkopuł w tym, że Bolo ongiś też brał w udział w shootfightingu, ale zrezygnował z powodów moralnych. Zresztą jaki tam szkopuł, Lee chce się mierzyć właśnie z Bolem! Chce mu uciąć łeb maczetą i nasrać w szyję, chce wyrwać śledzionę i skruszyć czachę! A pomóc w ściągnięciu go na turniej mają właśnie młokosy. Mimo oporu Bola, choć bardzo subtelnego bo wzrokowego (facet, chyba z powodu nieznajomości angielskiego, niemal w ogóle się nie odzywa, pierwsze słowa wymawia w połowie filmu po tym jak w zaprzyjaźnionym lokalu gastronomicznym jednym ciosem powalił czterech olbrzymich koksów. Są to słowa „posprzątajcie to!”) chłopcy skuszeni kapuchą jadą do Meksyku tłuc się po mordach. Na początku idzie im jak z płatka, bo na pierwszych levelach turnieju trafiają na leszczy. Schody zaczynają się później, gdy rywale są coraz bardziej wymagający, a dodatkowo trzeba używać szabli, nunczaka lub innych urządzeń AGD. Film ogląda się rewelacyjnie. Mistrz Bolo wprawdzie milczy, ale wyraz twarzy ma surowy a ciosy łamią najtwardsze nosy. Jego uczniaki to też kozaki. Z minuty na minutę pokazują coraz lepszy skill. Zaczyna się od wykopywania sobie nawzajem z ust papierosów, a kończy na wbijaniu miecza w szyję przeciwnikom. Nie ma przestojów, co chwila są jakieś walki, a to na ulicy, a to w szkole. A na turnieju to już w ogóle elegancja-francja. Najbardziej podobało mi się jak wyrywali sobie serca albo inne jelita, bo zwykłe łamanie kończyn powoli przestaje mnie ruszać. Generalnie to jeden z lepszych filmów kung-fu ery VHSów, więc przyznaje 4 czerwone gwiazdki. Trailer:
Tylko zarejestrowani użytkownicy mogą pisać komentarze!
Powered by !JoomlaComment 4.0alpha3
!joomlacomment 4.0 Copyright (C) 2009 Compojoom.com . All rights reserved." |
|||||||
| Zmieniony: Wtorek, 13 Lipiec 2010 15:07 |