Start
Interceptor Force (Drapieżca) - 1999 PDF Drukuj Email
Wpisany przez freekE   
Piątek, 08 Styczeń 2010 11:08

Tytuł: Drapieżca
Tytuł oryginalny: Interceptors aka Interceptor Force
Rok produkcji: 1999
Występują: Olivier Gruner, Ernie Hudson, Brad Dourif, Glenn Plummer i inni
Reżyseria: Philip Roth
Muzyka: Mad Bus (nie wiem czy to imię, nazwisko, ksywa czy nazwa zespołu?)
Klasa: D
Ocena:


Na ogół jest tak, że im gorszy ser tym więcej ma tytułów. Typowa sztuczka producencka polega na puszczeniu bąka, a niech się błąka. W naszym post komunistycznym padole dostaliśmy tytuł obowiązujący w wypożyczalniach czyli „Drapieżca” oraz tytuł telewizyjny czyli „Siły Szybkiego Reagowania”. Wrażenia nie robi, ale gdy przejrzymy listę tytułów oficjalnych od razu chwytamy z jakim paździerzem przyjdzie nam obcować. Wymieniając nie alfabetycznie : Interceptors, Interceptor Force, Predator 3: Interceptors, The Last Line of Defence, Alien Interceptors i mój absolutny faworyt „Fuerza de choque”. Właśnie „Fłerza de czoko” najbardziej mi się kojarzy z gównianym serem, którym pierwszy „Drapieżca” niewątpliwie jest.

Film akcji z domieszką science fiction ?! Kompletnie nieznany reżyser i trzeciorzędna gwiazda kina kopanego ? Biorę to w ciemno.

Powyższe zdanie będę pisał z uporem maniaka, bo idealnie oddaje to czego można się spodziewać po 90% filmów, w których wymienione jest nazwisko Gruner. Napisy początkowe i tak zwane intro, rozwaliło mnie na łopatki. Przez chwilę myślałem że to sikłel „Plan 9 From Outer Space”. Kilka scen ze zwisającymi na żyłkach modelami spodków kosmicznych, jakieś starodawne rycin że niby o kosmitach było wiadomo od wielu lat. WTF ?! Jakby z powodu braku kasy, ktoś wpieprzył kilka amatorskich filmików z „ju tjuba” i przyprawił tą beznadzieję, listą płac. Załamać ręce to mało. W dalszej części tak zwanej gry wstępnej – dostajemy scenę retrospekcji, w której coś wybucha spopielając Kanadyjczyków. Pojęcia nie mam o co w tym miało chodzić. Dopiero po tych wypełniaczach, oczom ukazuje się główny adonis „Pereiro Oliveiro”. Gruner wpada nocą do jakiejś firmy i spuszcza łomot strażnikom oraz ochroniarzom. Najzabawniejsza w tym wszystkim jest scena, kiedy już po nalutowaniu oprychów Olivier chwyta za „wsiarz” szefa rozdziera mu koszule, a tam… werble… z owłosionego torsu sterczący port RS. Taki jakie są w starych komputerach. Leżałem na podłodze tarzając się ze śmiechu. Gruner, w przeciwieństwie do mnie zachował jednak powagę i wsadził temu biedakowi jakąś zmajstrowaną z pilota telewizyjnego wtyczkę i oznajmił z przekąsem „ludzki twardy dysk”. Buahahahaha. Cały roześmiany oglądam sobie dalej ucieczkę Grunera i momentalnie zostaje znokautowany. Otóż Gruner podnosi jakąś lagę z linką, skąd ona się wzięła na dachu lub kto ją tam umieścił nie wiem. Przy pomocy tej stalowej lagi chwyta się przelatującego  samolotu Hercules i momentalnie znika w mroku nocy. Wyglądało to na akcje z bajki Struś Pędziwiatr jak kojot znika w przepaści i po chwili widać dymek. Czekałem aż po Grunerze zostanie właśnie taki dymek, ale niestety nie został – nie dopracowali tego należycie. Gibki Olivier zniósł dzielnie tą ewolucję i nawet olbrzymie przeciążenie nie zrobiło na nim wrażenia. Gdyby istniała szkoła Złego Filmu z wydziałem Spieprzonych Scen i Idiotycznych pomysłów,  motyw dachowej ucieczki Grunera uchodził by za przykład dla studentów.

Kolejne sceny przynoszą kolejne salwy śmiechu. Kilka F-117 podejmuje walkę z UFO. Wszystko jest robione na modelach i aż razi od nieumiejętnych „miksów”. Jak nie trudno się domyślić, wszystkie samoloty łącznie ze spodkiem zostają zniszczone. Dla fabuły jednak najważniejsze jest to, że na moment przez eksplozją ze statku kosmicznego zostaje wystrzelona kapsuła ratunkowa. I już zadzwonił dzwoneczek – tak to Gruner musi najebać przybyszowi z kosmosu. Ocalały ufok spada do kraju fasolarzy czyli gdzieś na zadupia Meksyku. Żeby zatuszować bardzo niski budżet całego projektu, ufoludek ląduje w jakimś wiejskim miasteczku przypominającym dziki zachód. Postawili po prostu trzy makiety na krzyż i mieli doskonałe tło do napiżdżanki. Grupka spec opsów się sformowała, przydział dostali i jazda na tereny wroga. Ich zadanie to zebrać szczątki strąconych amerykańskich myśliwców i skopać dupę ufokowi. Na miejscu znajdują zajebisty krater, w którym spokojnie zmieściło by się małe miasteczko. Czemu po takiej gigantycznej eksplozji wszystko na czele z drzewami, budynkami i drogami jest nietknięte tego nam ponownie nie wyjaśniono. W każdym bądź razie Gruner po omieceniu wzrokiem gigantycznego leja stwierdza, że coś tu nie pasuje bo samoloty nie zostawiają po sobie takich zniszczeń. Chłop ma w ogóle świetne kwestie, albo stwierdza rzeczy oczywiste albo tłumaczy coś jakby widz był ślepcem. Ten film ma konstrukcję typowego „szwędacza”, w którym coraz mniejsza grupka bohaterów łazi z miejsca na miejsce. Trwa to do momentu kiedy nasze dzielne komando wpada do centrum mieściny i udaje się do baru, w którym rozbiera się posiadaczka najbardziej sztucznych cycków w dziejach silikonowych implantów. We wnętrzu baru spragniony emocji widz, dostaje kolejną scenę perełkę. Cudowny Olivier spuszcza łomot miejscowym pijaczkom, a każdy następny knockout „zatwierdza” kolejną „setką”. Czapki z głów, bo wypaść na taką scenę to trzeba mieć łeb jak sklep. Oczywiście konflikt z miejscowymi obszczymurami kompletnie wypycha z kręgu zainteresowań (ekipy jak i widza) pierwotny plan. Dalej to już tylko się strzelają, laczkują i nieporadnie próbują zniszczyć kosmicznego pomiota. Ufok zaś prezentują dziwną manierę polegającą na natychmiastowym zabijaniu wszystkiego oprócz Grunera. Co więcej w bezpośrednim sąsiedztwie Grunera, kosmita za każdym razem przechodzi do wymiany ciosów karate – zupełnie zapominając o swoim spylaczu który dematerializuje żywe istoty. Nawet nikt nie starał się zakryć tą tandetę. Wstydu nie mieli. Scena wieńcząca tą żenadę też jest odpowiednio „serowa”. Amerykanie bombardują miejsce akcji nuklearkami  - Guner widząc fale uderzeniową obraca się na pięcie i serwuje się ucieczką. Dosłownie na chwilę przez spopieleniem, Oliveiro daje nura do studni. Kurtyna zapada. Następuje koniec.

Jak dla mnie krowi placek, zasłużone trzy zielone gwiazdki za męczarnie porównywalne do części drugiej. W „Drapieżcy” widz dostaje kilka słabych efektów komputerowych (w tym doszczętnie spierdzielony cyfrowy kosmita), kilka scen kopanych delikatnie mówiąc nie pierwszej świeżości i niedorzeczną fabułę, która stara się nieporadnie tłumaczyć nędzę płynącą z ekranu. Oliviera Grunera zaczynam „lubić”. Chłop jest jeszcze gorszym aktorem niż Stefan Mewa i na dodatek całkiem średnio się tłucze (kompletnie nie widać, że to były mistrz kickboxingu). Naprawdę żałuje, że Olivierem nie zainteresował się Uwe Boll, pasowali by do siebie. „Drapieżnik” strasznie mnie wymęczył – prawie odpadłem sprzed ekranu, jak robal rażony sporą dawką muchozolu. Szczerze nie polecam.

Trailer:
Komentarze
Szukaj
Jasnoksieznik   |88.217.24.xxx |2010-01-09 16:37:47
A ja naiwnie myslalem, ze takie kwiatuszki przestali krecic wraz z koncem lat osiemdziesiatych. Niestety, mylilem sie. Przeciez tego nawet SciFi-Kanal albo inny sciek nie bedzie chcial puszczac w pasmie porannym.
Tylko zarejestrowani użytkownicy mogą pisać komentarze!

!joomlacomment 4.0 Copyright (C) 2009 Compojoom.com . All rights reserved."

Zmieniony: Piątek, 08 Styczeń 2010 11:16
 
Sigal, Wandam & Mjuka © 2009